0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Długi czas zastanawiałam się nad tym jak zacząć ten wpis, aż w końcu zdecydowałam, że powinien on zawierać stwierdzenie iż ten rok, te wakacje, miały być niezapomniane i szczerze mówiąc ostatnie pół roku bardzo ciężko będzie mi wyrzucić z pamięci. Jednak nie są to te wspomnienia, na które liczyłam wkraczając w rok 2017.

W kilku wcześniejszych wpisach wspominałam o bólu, o kontuzji, lecz dziś szczerze opiszę moją walkę, która nadal trwa.

Na samym początku muszę zaznaczyć, że moją siłą napędową były osoby bliskie i te dalekie, a mianowicie świadomość, że na Świecie żyją setki-tysięcy, jak nie miliony ludzi niepełnosprawnych, inwalidów, osób, które każdego dnia do końca swojego życia muszą zmagać się ze swoimi ułomnościami. Dawało mi to nadzieję, bo skoro ludzie skazani do końca życia na kalectwo, dają radę żyć, mają siłę i mobilizację, to ja tym bardziej nie mogę załamywać się pod ciężarem moich tymczasowych ograniczeń, spowodowanych kontuzją kolana. Szczerze podziwiam tych wszystkich ludzi, którzy z „wyrokami” , każdego dnia pokazują, że można, że warto i mają siłę mimo wszystko.

Kolejna grupa osób wspomniana już powyżej, to ludzie mi bliscy, gdyby nie Oni nie byłabym dzisiaj w tym stanie psychicznym w jakim jestem. Gdyby nie codzienna obecność Taty, który służył mi pomocą, był moim kierowcą i dbał o mnie każdego dnia, podczas tych najgorszych dni, nie wiem jak dałabym radę.

Podczas tego półrocza, pisało do mnie bardzo dużo osób. Pytało o samopoczucie, o stan kolana i o poprawę. Szczerze dziękuję każdej z tych osób za zainteresowanie, za każdą wiadomość, za odwiedziny, za dobre słowo. Jednak muszę się przyznać, że często nie bywałam z Wami szczera. Najczęściej odpowiadałam: „lepiej, ale szału nie ma”, albo, że „boli, ale coraz mniej”. Prawda była jednak inna. Nie chciałam osób postronnych obarczać prawdą, nie chciałam sama sobie mówić tego w jak czarnej dupie, za przeproszeniem byłam. Bywałam rozmowna, ale i podczas tych dużo gorszych dni bywałam opryskliwa, czasem może i chamska. Dlaczego? Bo ból trawił mnie nie tylko fizycznie, ale i psychicznie.

Pierwszy miesiąc był jednym z najgorszych w moim życiu. Pierwszy raz czułam taki nieopisany rodzaj bólu. Przez około pierwsze dwa tygodnie ból był nie do zniesienia,  gdyby tego było mało, to wymuszał by mój organizm egzystował w stanie zawieszenia. Zasypiałam gdy całą mnie wyczerpał,gdy nie miałam siły na jęki, na płacz, na wzdychania- odcinał mi świadomość do momentu, gdy wskaźnik bateryjek mojego organizmu nie pokazał minimalnego stanu naładowania. Czas jaki spałam to maksymalnie 2 godziny w jednym ciągu. Przez ten czas nie rozróżniałam dnia i nocy, spałam gdy mogłam. Cień człowieka niemający siły by „iść” i zjeść obiad. Z czasem przyzwyczaiłam się do stanu wyczerpania i do samego bólu, nauczyłam się tak układać ciało i zastawiać poduszkami nogę, by wymusić pozycję nieruchomą. Brak jakiegokolwiek ruchu oznaczał brak nasilania się bólu, a co za tym idzie i w miarę spokojny sen.

Problem pojawiał się, gdy chciałam się przemieścić z pokoju do pokoju, czy do łazienki. Kule moje dwie nieodzowne koleżanki pomocne, ale jednak nie niezastąpione. Nie  dawały rady, nie dawały podparcia, gdy chwytał ból w formie skurczu, gdy całe ciało pod naporem bólu spinało się i poruszenie palcem od stopy powodowało fale agonii. Niestety ten rodzaj bólu występował również wtedy, gdy siedziałam, czy leżałam. Paskudny skurcz betonujący ciało w bezruchu, czasem na sekundy, czasem na minuty. Dyszenie jak parowóz i morze łez zawsze w tych momentach były obecne. Dłonie tańczące od drgawek, na samo wspomnienie przechodzą mnie dreszcze.

Gdy bywało lepiej, na następny dzień przekonywałam się, że granice wytrzymałości mojego ciała i psychiki przesuwane są coraz to dalej. Ochota na cokolwiek była rzadkim gościem w moim umyśle. Gdy zbliżało się lato, a dni wypełnione były słońcem moją jedyną radością stało się wyeksponowane w blaskach słonecznych miejsce na leżaku. Agonia nabrała trochę cieplejszych odcieni. Słońce podbudowywało moją psychikę, która spychała myśli o bólu w ciemne zakamarki, tak więc lato było moim wybawcą. Nie było spełnieniem marzeń, bo w tym roku miałam przeżyć pierwsza prawdziwą przygodę, podróż do Hiszpanii, ale i te plany poszły w niebyt.

Dni mijały, ból się zmieniał ,ale nadal był obecny. Operacja stała się nieunikniona. Badania wskazywały na to, że naderwane więzadła się goją i ból nie powinien być już tak absorbujący, jednak był. Artroskopia potwierdziła obawy lekarza,  po urazie- skręceniu kolana w jego strukturze zaczęły twardnieć tkanki miękkie (przerosty błon), które strukturą zaczęły przypominać bardziej tkankę kostną, która powodowała ucisk i ciągłe narastanie bólu.

Czymże była by operacja, gdyby nie występujące po niej komplikacje, w postaci infekcji. Wysoka gorączka, noga przypominająca wyglądem baniak i kolejna fala bólowa, podczas której nie mogłam nawet podciągnąć się w pozycji półleżącej, ponieważ każda próba uniesienia chociażby pośladka wykrzywiała moja twarz w spazmie. Dożylny antybiotyk na całe szczęście uratował sprawę.

Niedługo minie pół roku mojego chorowania i mimo iż teraz nie muszę pożytkować się kulami, to nadal kolano nie jest spawane.  Nadal zamykam oczy, przełykam ślinę, ocieram łzę i czekam, aż przestanie boleć. Boli zdecydowanie mniej, jest lepiej, ale wciąż walka trwa.

Piszę to ponieważ liczę, iż pomoże mi to uporać się z tym i poukładać sobie w głowie wszystko to, co działo się naokoło mnie i we mnie w ostatni czasie. Niestety sama kontuzja nie była i nie jest moim jedynym problemem znajdującym się w czołówce rozkładu zwanego życiem.

Cała masa spraw i ludzi, za którymi idzie rozczarowanie wcale nie są pomoce na drodze dochodzenia do zdrowia, ale mimo wszystko staram się być dobrej myśli. Staram się uśmiechać mimo wszystko.

Każdego dnia starałam się zrobić coś dla siebie i dla bliskich. Dla lepszego samopoczucia ubierałam się ładnie, czesałam, malowałam. Mężczyźnie ciężko będzie to zrozumieć, jednak liczę, że kobieta bez problemu będzie wiedziała o co chodzi. Jak każdy z Nas czasem i ja bywam próżna, dlatego też parę „lajków” pod zdjęciem również wpływało na to, że w jakimś stopniu czułam się lepiej.  Dzień w dzień starałam się uśmiechać, by bliskim było łatwiej, bo przez cały ten czas poza tym, że byli (są) ze mną, również przeżywali. Niejednokrotnie to właśnie w ich twarzach widziałam to, w jakim opłakanym stanie byłam ja. Ich troskę, nie raz lęk i bezradność. Ich dłoń przynosiła ulgę, a fakt iż są obok sprawia, że obawy stają się mniejsze. Dla nich starałam się ukrywać ogrom bólu. Niejednokrotnie chowałam się w zamkniętym pokoju, gdzie z bezradności po prostu płakałam, gdzie to ból przejmował kontrolę, a uśmiech znikał.

Dziś płacze już raczej dlatego, że tego wszystkiego jest za dużo, że czasem zawór w psychice puści, a po policzkach płyną łzy. Daje mi to pewnego rodzaju ulgę, gdy leżąc sama w łózko pozwalam by emocje przejęły stery.

Być może przeczyta to ktoś, kto również zmaga się ze swoimi ograniczeniami, z kalectwem i może fakt, że ktoś tam przeżywa i czuje podobnie będzie pomocny. Ja nie mam zamiaru się poddać, nie tak mnie wychowano. Jestem fighterem i póki będę mieć siłę napędową będę starała się wzbudzać w ludziach optymizm.  Będę bagatelizować miarę moich ograniczeń, śmiać się z siebie i pieszczotliwie nazywać się kuśtykiem, będę dbać o siebie bardziej, tak jak robię to teraz. Będę poddawać się rehabilitacji by noga jak najszybciej wróciła do formy.

Będę walczyć, bo to moja walka.