0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Najcięższe decyzje przychodzi Nam podejmować, gdy czujemy najmocniej i w tych chwilach najcięższą rozmowę musimy odbyć sami z sobą.

Najważniejsze to żyć w zgodzie z sobą, dać sobie chwilę wytchnienia, odciąć się od wszystkiego na parę dni. Gdy już się wyciszysz, dochodzisz do rzeczy, które Cię uszczęśliwiają. Robisz to, co kochasz.

Dla każdego to coś innego, dla mnie to moment w którym biorę aparat, patrzę w obiektyw i wyczekuję tego momentu, chwili przed tym nim nacisnę na spust migawki, gdy fotografując człowieka widzę ten błysk w oku, tą chwilę. Później przeglądam wszystko, wybieram te perełki i siadam przed monitorem i wydobywam z nich te najpiękniejsze elementy. To daje mi radość i robię to dla siebie i pewnie właśnie dlatego mam z tego taką satysfakcję, bo jest to coś w czym czuję się idealnie.Dusza „artysty” ma swoje ujście.

Czuje się szczęśliwa, gdy mogę robić coś kreatywnego, a właśnie to robiłam w tym tygodniu. Tygodniu dla siebie,tygodniu  duchowego oczyszczenia. Robiłam zdjęcia, odnawiałam stare ramki, wszystko to, albo tylko to, na co pozwoliło mi moje tymczasowe kalectwo. Ale dzięki temu zapomniałam o bólu, o całym tym smutku, który ostatnimi czasy mnie opanował. To była moja higiena umysłu, która okazała się być dla mnie ratunkiem przed konsumującym mnie przygnębieniem i bezradnością. Były to bardzo silne, negatywne emocje, którym mogłam pozwolić trwać dalej, albo wziąć siebie na rozmowę i przetrawić to i stawić temu czoła.

Człowiek zamknięty w czterech ścinach sam z sobą jest bezbronny, bo najbardziej ranią Nas nasze myśli. Nasz brak wiary, załamania.

Stojąc naga sama przed sobą, byłam w stanie zranić siebie pozwalając  by wszystko co złe siedziało za kierownicą mojego życia, ale i dzięki temu dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy na swój temat.

Cierpisz, gdy czujesz najmocniej i tu akurat chodzi o te uczucia bardziej pozytywne. Dociera do Ciebie, że kochasz, gdy wewnątrz zaczyna boleć, gdy czujesz cierpienie doznajesz oświecenia. To cierpienie różni się od tego, wywołanego bólem fizycznym, to cierpienie zarówno przerażające jak i ekscytujące.

Miłość to nie tylko kwiatki, misie, rybcie i słodkie całuski. Kiedyś myślałam właśnie tak, że miłość, to spełnienie każdej jednej mojej fantazji w tym aspekcie. Pozwolę sobie na cofnięcie się w czasie i opowiedzenie pewnej historii o pewnej mnie, która przestała istnieć, gdy poznałam prawdziwą siebie.
Z jakieś 6 lat temu w wieku lat dwudziestu miłość była czymś co było przeze mnie „towarem” bardzo poszukiwanym. Byłam dziewczyną, która stanowczo za wcześnie poznała rozczarowanie życiem, rozczarowanie ludźmi bliskimi, którzy powinni być zawsze, a zamiast tego zranili mnie chyba najbardziej jak do tej pory. I nie mowa tu o mnie 20-latce, a o jeszcze młodszej, dużo mniejszej mnie. Wydarzenia sięgające lat dzieciństwa odcisnęły na mnie największe piętno. Zawiały wiarę w siebie, zabrały pewność siebie i zachwiały obraz miłości. Ugodziły mnie  w samo serce i stworzyły tą mnie, która była 20letnią dziewczyną z przekrzywionym  obrazem miłości. Przez znacznie zbyt długi czas szukałam poczucia spokoju, szukałam miłości niecierpliwymi palcami, niczym niewidomy próbuje dotykiem rozpoznać nowy ekscytujący przedmiot. Pragnęłam jej jednocześnie nie wiedząc czym jest. Chodziło tylko i wyłącznie o mnie, o to, że jej chciałam, że nie chciałam być już sama i to doprowadziło mnie do punktu, w którym znalazłam się w toksycznej relacji z człowiekiem, którego mam nadzieję nie mieć już  na swojej drodze nigdy w życiu.

Wiadomo początki bywają różne, udajemy kogoś innego w celu zaprezentowania się jak najlepiej no i jemu się to udało. Zakochałam się w kimś, kto tak naprawdę nigdy nie istniał, ale poprzez chęć posiadania miłości nie byłam w stanie tego dostrzec. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że mnie krzywdzi, że przez niego staje się tylko skorupą, pustą lalka zagubiona tak, jak nigdy dotąd w życiu. Właśnie przez to, że tak bardzo bałam się, że znowu zostanę zraniona trzymałam się człowieka, który swoją obecnością ranił mnie bardziej niż jej brakiem. Stanowczo zbyt dużo czasu zajęło mi zrzucenie klapek z oczu, odrzucenie wizji miłości i poznanie świata. Koniec końców pewnego dnia oświeciło mnie, że tak nie może być, że patrząc w lustro nie poznaje siebie i, że nawet siebie nie lubię. To był ten moment, w którym podjęłam decyzję, albo coś się zmienia, albo koniec. I nastąpił koniec, załamana, ze złamanym sercem dochodziłam do siebie dowiadując się zdumiewających faktów na temat tego człowieka, który ograniczył mi wolność. Nagle każdego naokoło oświeciło i zaczęli opowiadać mi historie na jego temat, widziałam nawet parę „interesujących”  konwersacji jakie przeprowadzał w Internecie z dziewczynami, które nie były mną i właśnie wtedy oświeciło mnie, że nie kochałam go, tylko zakochałam się w kimś kto nigdy nie istniał, kto zniknął, gdy dopiął swojego „oznaczając” mnie niczym bydło jak swoje. Nawet nie wiecie jaką poczułam ulgę dowiadując się tych wszystkich paskudnych rzeczy na jego temat, dotarło do mnie, że kochałam kogoś nieistniejącego i do tego człowieka nie czułam już żadnej gorącej emocji, jedyne co czułam to obojętność.  I nawet nie wiecie jaką czułam ulgę, że był nie tak twardy w pewnej kwestii, wiecie o czym mowa, i nie zabrał mi tej najczystszej części mnie. Nikt nie mógł powiedzieć, że byłam jego i jestem z tego dumna. To nic wstydliwego zostawić to dla kogoś, kto naprawdę będzie zasługiwał na bycie tym pierwszym.

Miałam coś ok 22 lat, byłam zagubiona- standardowo, byłam jak dziecko poznające świat, tylko, że ja poznawałam na nowo siebie. Byłam sama, ale byłam mniej samotna niż w tej toksycznej relacji. Świat stał dla mnie otworem, mogłam wszystko, więc postanowiłam wszystko robić powoli, powoli poznawać to, co lubię, odnajdować się. Nie pozwalałam sobie na związki, bo jak można być z kimś, jeżeli nie lubisz samej siebie. Był to długi okres niebrania życia za rogi, nie podejmowania ryzyka.

Prawdziwą siebie poznałam między 24, a 25 rokiem życia. Poznałam Patrycje pełną pięknych emocji i tą wredną zołzę jaką bywam. Pozwoliłam sobie uwierzyć w siebie, poczuć pewność siebie, oswoić swój wygląd. I nie chodzi o jakąś metamorfozę, chodzi o to, że przestały mnie peszyć męskie spojrzenia, to coś na co nie mam wpływu, a mogę jedynie poczuć się atrakcyjna, ale nie atrakcyjna dla nich, ale sama dla siebie i w tym tkwi moc. Kiedy znasz swoje mocne strony, a w szczególności te słabe, to masz nad wszystkim co w Tobie kontrole. Masz załamania, ale i one mijają jeżeli wierzysz, że możesz. Przestajesz pozwalać, żeby inni ludzie mieli wpływ na to, co czujesz w środku. Oswajasz przebywanie między ludźmi, których nie lubisz i nie sprawia Ci to problemu, bo wiesz, że zdołować możesz tylko i wyłącznie sam siebie, a na to akurat ja nie mam ochoty. Ludzie znajdujący się na około Ciebie przestają mieć wpływ na Twoje samopoczucie i na myśli na swój temat. Śmiejesz się głośno, idziesz ulicą wygłupiając się, albo śpiewasz na deptaku w Gdańsku i dostajesz za to kasę ( tak to prawda- byłam, zobaczyłam, zdobyłam- to autentyk z mojego życia), bekasz przy kolegach, bo nie ograniczają Cię konwenanse, to ludzkie,  a więc nie ma się co dziwić.

Gdy lubisz siebie, możesz dopiero pozwolić komuś na polubienie Ciebie i to staje się w najmniej oczekiwanym momencie. Poznajesz kogoś, albo nawiązujesz kontakt z kimś z Twojej przeszłości. Nie szukasz niczego na siłę, a tym bardziej po doświadczeniu nie szukasz miłości, a gdy po pewnym czasie okazuje się, że nosisz ją w sobie, to dopiero wtedy wiesz czym ona jest.

Kochać kogoś, to czuć całe morze emocji do tego człowieka, to gonitwa myśli. Przede wszystkim, to chcieć dla Niego jak najlepiej nawet jeżeli to nie my jesteśmy tym najlepszym wyborem i wtedy to jest cierpieniem. Uświadomienie sobie, że mimo tylu za ( emocje graja tu rolę szczególną) są tez i te sygnały przeciw. Kochasz, gdy dajesz komuś wolność, wybór, gdy nie ograniczasz Go dla własnych zachcianek. Gdy Twoje serce jest rozdarte między miejscem w którym się znajdujesz, a miejscem oddalonym o kilometry, czasem nawet i o setki kilometrów. Gdy martwisz się, zastanawiasz się, gdy czujesz troskę wypełniająca Cię od środka i wcale nie chodzi o odległość i tęsknotę, a ta jest strasznie wielka, bo szczere uczucie, to takie, które pozwala na tęsknotę, które kieruje Cie ku Tej właśnie osobie, dla której wsiądziesz w pociąg, którym nie lubisz jeździć, bo w tym momencie to nie ma znaczenia. Chcesz po prostu być w życiu właśnie tej osoby, być kimś ważnym, być kimś, kto pozwala się rozwijać, kimś kto się troszczy i być kimś, kto będzie umiał się wycofać bez scen, gdy uświadomisz sobie, że być może nie jesteś tym, co najlepsze dla Niego. Że nie możesz zmusić kogoś do wzajemności, że mimo tylu rzeczy jesteście w innych punktach swojego życia, ale nie w tym sęk.

Miłość to cała gama barw, a ta szczera nigdy nie przemieni się w nienawiść, bo jak można nienawidzić kogoś, kto pobudza Nas do życia, kto pomógł Nam w rozkwicie Naszych wewnętrznych kwiatów, dzięki komu staliśmy się piękniejszymi istotami, bo miłość sprawia, że świecimy jaśniej.

Możecie zadać sobie pytanie co ma początek wpisu do jego końca.  Dużo. Bo tylko podążając za sobą możesz być szczęśliwy i to dotyczy każdego aspektu życia.